Tatry - relacja z wyjazdu
czwartek, 08 listopada 2007 18:07
Image Relacja z samiuśkich Tater

    Zgodnie z planem powziętym podczas majówki w Karkonoszach, visit this w październiku wybraliśmy się w nasze polskie Tatry. Spotkaliśmy się w czwartkową noc w pewnym fastfoodzie na dworcu PKP, viagra żeby na pusty żołądek… nie jechać ;-) A jazda była dość długa, ok. 12 godzin, miejsca siedzące były dla połowy naszej ekipy, która tym razem okazała się dość kameralna - 16 osób.
    W Zakopcu, po uzupełnieniu elektrolitów w organizmie, spotkaliśmy się z naszym przewodnikiem i ruszyliśmy w Kościeliską. Słów kilka o naszym mentorze i guru - Jakubie B. Na co dzień jest ratownikiem TOPRu, kocha góry i w nich żyje, a one dają żyć mu. Podczas tej czterodniowej eskapady okazał się niezastąpiony, bez niego nie wiadomo gdzie byśmy zawędrowali i czy wrócilibyśmy w komplecie. Początkowo trochę nie trybił poziomu abstrakcji naszej studenckiej bandy, ale szybko zaskoczył i zrozumiał, że ta wycieczka będzie wymagała specjalnej troski. Wracając na trasę, łagodne podejście na Halę Ornak pokonaliśmy z kilkoma przystankami na różnego rodzaju dygresje Kuby na temat np. stad pasących się świstaków i orłów, i pokazywania nam szczytów, które akurat przykryte były chmurami. Gdy już zaształowaliśmy się w schronisku i wysunęliśmy sugestię na temat możliwości włączenia ogrzewania, cześć grupy ruszyła z powrotem do doliny eksplorować tamtejsze jaskinie. Mało kto spodziewał się jakie to jaskinie będą, że trzeba się będzie czołgać i uważać na głowy, dlatego po wyjściu z nich każdy miał zdrowy rumieniec na twarzy i był całkiem przyzwoicie umazany wapiennym błotem. Wieczorem zasiedliśmy do stołu, dojedliśmy kanapki z pociągu i wciągnęliśmy się w żywą dysputę na temat polityki, która przerodziła się w spór o wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia. Gdy emocje opadły obiecaliśmy sobie więcej tego tematu nie poruszać, wróciliśmy do spożywania napojów rozweselających, gotowania spaghetti, polewania śpiworów piwem i suszenia ich na przemian.
    Po przetrwaniu nocy (na szczęście włączyli ogrzewanie), zgodnie z sugestią przewodnika, aby nie iść przez Czerwone Wierchy, tylko Ścieżką nad Reglami i Doliną Małej Łąki, zeszliśmy z powrotem w dół, aby podchodzić pod górę. Decyzja okazała się całkiem słuszna, w nocy zaczął padać śnieg i było trochę mrozu, szczyty schowane były w chmurach. O mały włos, naprawdę mały, część grupy prawie cofnęła się na piwo do Zakopca, ale udało im się to wyperswadować ;-) Szliśmy i szliśmy, co chwila zza chmur wyłaniały się najrozmaitsze turnie, Małe i Wielkie, i jakimś cudem Kuba zawsze znał ich nazwy, przynajmniej takie sprawiał wrażenie. My czasem nie wiedzieliśmy, w którym kierunku patrzeć, ale wszyscy dzielnie potakiwali głowami, że widzą i wiedzą o co chodzi. Musieliśmy powyciągać nasze zimowe czapki i rękawiczki, po wczorajszej jesieni nic nie zostało, w górach zapanowała zima. Podejście na Kondracką Przełęcz pod Kasprowym okazało się całkiem trudne, szlak był oblodzony, zacinał śnieg i wiał porywisty wiatr. Woleliśmy nie myśleć, co robilibyśmy w tym czasie na grani Czerwonych Wierchów, bez możliwości alternatywnego zejścia, noclegu i nawet sprzętu, aby to bezpiecznie przejść. Góry dawały się we znaki, a część z nas zaczęła się zastanawiać, po co dźwiga na plecach tyle… butelek z wodą. „Wreszcie po trudach i znoju, weszliśmy do pokoju”… to nie ta historia ;-) Po licznych obietnicach, że to już ostatnie podejście, że już tylko z górki będzie, że czekają na nas ciepłe naleśniki, i po jeszcze liczniejszych pytaniach do Darii, „czy wszystko OK.?”, udało nam się dotrzeć do schroniska na Hali Kondratowej. Naleśników nie było, był za to bigos i herbata. Nasze nowe miejsce na tę noc okazało się bardzo przytulne. Podczas wieczornej biesiady dołączyło do nas dwoje sympatycznych studentów z Ameryki. Udowadniali swoje polskie korzenie spożywając z nami nasze rodzime trunki.
    Rano właściciel schroniska twierdził, iż byliśmy zbyt głośni w ciągu nocy, ale my nic o tym nie wiemy i twierdzimy, że był stronniczy. Tego dnia również zrewidowaliśmy nasze plany co do trasy, naszym celem, który zamierzaliśmy splądrować i pozostawić w ruinie było schronisko Murowaniec na Hali Gąsienicowej. Wstępnie mieliśmy iść granią, przez Goryczkową Czubę i Kasprowy Wierch, ale zima uderzyła na całego. Zeszliśmy więc do Kuźnic aby rozpocząć, „w miarę łagodne” według naszego przewodnika, podejście Skupniowym Upłazem. Na Przełęczy Między Kopami podziwialiśmy chmury, za którymi były ponoć piękne widoki, kto to wie ;-) Zeszliśmy już tylko na Halę i zamelinowaliśmy się w schronisku. Tym razem naleśniki były, jak ktoś sobie zasłużył to nawet z wykałaczkami. Po krótkim odpoczynku podzieliliśmy się na 2 grupy. Jedna wraz z naszym własnym taternikiem postanowiła zaatakować Przełęcz Liliowe, druga, pod przewodnictwem Spłochiego została w odwodach, jako oddział TORPu (Tatrzańskiego Ochotniczego Ratownictwa Piwnego). Mieli nas w razie czego ratować chmielem. Ekspedycja odniosła wielki sukces. Podczas podchodzenia na grań cała zalegająca od kilku dni pokrywa chmur zeszła w polskie doliny. W ciągu 15 min z widoczności na 40m, zrobiła się widoczność na 20km. Aparaty poszły w ruch, każdy zapełniał karty pamięci i klisze, aby utrwalić te chwile. Na samej przełęczy naszym oczom ukazała się przepiękna panorama Tatr skąpana w zachodzącym słońcu. Spędziliśmy tam ponad godzinę, atakując pobliskie szczyty, robiąc zdjęcia i podziwiając góry. Gdy Zrobiło się wystarczająco ciemno, Kuba stwierdził, że trzeba czym prędzej dotrzeć do schroniska. Rozumiał to bardzo dosłownie, gdyż zaczął zbiegać ze stoku, pod który ciężko nam było wejść. Reszta dłużej się nie zastanawiając, zaczęła zbiegać za nim, po szlaku, poza nim, prosto na dół, zakosami, na tyłkach albo na nogach… w skrócie: k… jak mustangi :-P O dziwo, nikomu nic się nie stało. Tego wieczora wreszcie dorwaliśmy się do gitary, i się zaczęło… „Rapapaj rapapaj, a więc krzycz A HOJ...” Jak zwykle na naszych wyjazdach zabrzmiały szanty góralskie, nie zabrakło „a kto się w ... urodził ma wstać”...
    Kilka godzin później, dokładnie nikt nie pamięta ile, mniej więcej w poniedziałek rano, wstaliśmy i ogarnęliśmy pobojowisko. A było co ogarniać, radosna twórczość niektórych z nas zadziwiła nawet samych autorów dzieł, którzy nie znali się z tej strony i nigdy dotąd nie używali tak mocnych środków wyrazu ;-) Po ogarnięciu się, spakowaliśmy nasze toboły, zostawiliśmy je w schronisku i ruszyliśmy chyżo nad Czarny Staw Gąsienicowy. Tego dnia w górach była wiosna, śniegi zaczynały topnieć, słońce ostro świeciło i wszystko wracało do życia. Wdrapaliśmy się na Mały Kościelec, gdzie zobaczyliśmy tropy kozicy, po czym... spotkaliśmy kozicę. Zeszliśmy w dół zobaczyć resztę stawów i wróciliśmy do schroniska. Stamtąd rozpoczęliśmy zejście, z powrotem do Kuźnic. Trasa niczym nie przypominała tej wczorajszej, gdy z trudem podchodziliśmy pod górę po oblodzonych kamieniach. Teraz las dookoła był zielony i świeży, na niebie żadnej chmurki, widać było Nowy Targ, Trzy Korony w Pieninach, Turbacz w Gorcach i jakiś tam Beskid. Można było odnieść wrażenie, że spędziliśmy w górach kilka miesięcy. W Kuźnicach przyszło nam się też pożegnać z naszym przewodnikiem, Kubą. Przyznał, że nigdy jeszcze nie miał takiej dzikiej ekipy i na pewno nas nie zapomni. My jego też! Poleciliśmy się na przyszłość i zajęliśmy miejsca w pociągu. Doszliśmy tam do wielu poważnych odkryć w dziedzinie behawiorystyki, najważniejsze z nich to to, że NWP+SNP=FOCh. Podczas przesiadki w Krakowie doszło m.in. do pokazu survivalu pt: „jak odcedzić makaron na peronie i nie przypalić przy tym cebulki”. W Katowicach zaś uratował nas miejscowy oddział TORPu, całe szczęście, że są jeszcze tacy wolni strzelcy wykonywający ten zacny zawód, wykupiliśmy od niego jego cały zapas, przez co mogliśmy grać dalej w karty nie obawiając się rychłego zaśnięcia. Powodowało to jednak pewne perturbacje, szczególnie gdy nie wszyscy rozumieli ile mają kart w ręku i kto zaczyna. W każdym bądź razie było morowo.
    Na koniec chciałbym powiedzieć, i myślę, że będę tu wyrazicielem woli ogółu, że było toprze, a nawet toprze toprze :-)

Michał vel Duda