Majówka 2007 - Karkonosze.
sobota, 02 czerwca 2007 14:00

Wyjazd majowy oczami Nataszki :) (relacja)

 

 

Tym razem nie pakowałam się w ostatniej chwili, ba, kilka dni zastanawiałam się nad najbardziej potrzebnymi rzeczami. W końcu to miał byc mój pierwszy rajd, starałam się, by plecak nie był za dużym ciężarem. Oczywiście moje wyobrażenia lekkiego, małego plecaczka legły w gruzach po całkowitym spakowaniu się, ale pomińmy ten fakt :)

Na dworcu czekały już uśmiechnięte buzie gotowych do drogi ludzi, i pomimo późnej godziny każdego rozpierała energia. W pociągu jak było? Oczywiście wesoło. I nawet wpadłam w oko konduktorowi Cool - ja to mam szczęście hehe. Nad ranem jednak zmogło wszystkich i w pozycjach ekstremalnych zasnęliśmy.

Z Jeleniej Góry do Szklarskiej Poręby wiózł nas typowy lokalny patriota, który zachwalał każdy budynek, ulicę czy drzewo :)

I w Szklarskiej wkroczyliśmy na szlak. A nawet na dwa, bo się rozdzieliliśmy. 

Już po pierwszej godzinie wiedziałam, że z plecakiem nie idzie się źle, prawie go nie czułam, i tak zostało do końca, nie licząc opuchniętych obojczyków.

Przez 3 dni Karkonosze pokazały nam sie w każdej pogodzie. Na urozmaicenia pod tym względem nie mogliśmy narzekać.

Idąc do schroniska PTTK "Odrodzenie" myślałam, że mnie zwieje. Były momenty, że nawet to 10 kg na plecach nie było wystarczającym obciążeniem i się latało raz w jedną, raz w druga stronę :) Do dziś nie umiem okreslić siły wiatru. Na pewno ponad 100 km/h.

Widoki na tej trasie....z jednej strony teren przypominający cmentarzysko, zabrakło tylko kruków i mgły unoszącej się tuż nad ziemią, z drugiej piękne góry, skaliste zbocza. Człowiek tam gdzieś wysoko nad cywilizacją i zgiełkiem, czuje się naprawdę wolny. Zmęczony, lecz szczęśliwy. 

Po siedmiu godzinach (moze ośmiu, dziewięciu...) doszliśmy do schroniska - pierwszy etap był już za nami, co nie oznaczało wcale, że dzień się skończył Laughing. Przy wielkim stole, wszyscy razem (a było nas niemało) spędziliśmy wieczór przy dźwiękach gitary śpiewając głośno :) "Żegnajcie nam dziś hiszpańskie dziewczyny...."  po dziś dzień podśpiewuję :) Tak jak my tam, tak powinna się bawić brać studencka.

Drugi dzień, nasi bohaterowie wieczoru, Kromek z Jurkiem, udali się do Czech :P po prowiant, gdy reszta jeszcze smacznie spała (a przynajmniej ja jeszcze smacznie spałam). Trzeba podkreślić ich działalnośc, nieśli do kolejnego schroniska prócz własnych bagaży, 30 kg zamówień nas wszystkich. Dzielni chłopcy ;) Za to mieli pogodowo więcej szczęścia...my wędrowalismy we mgle....nic wokół nie było widać, a ponoć wieeele straciliśmy. I deszcz padał dnia drugiego niestety. Psikus pogodowy polegał na tym, że tylko dochodziłam do schroniska, rozpogodziło się, mgła znikneła i pojawiły się takie widoki, że zapierało dech w piersiach. Na górze było pewnie jeszcze ładniej, no, ale jak nie w tym roku, to kiedy indziej zobaczę i ja te widoki, bo w Karkonosze wrócę na pewno. 

A w schronisku....ech...zjadłam tak pyszne placki ziemniaczane ze śmietaną, że zamówiłam 3 porcje :) Ale ja żarłok z natury, więc nie powinno to dziwić :)

Nalezałoby nadmienić, że schronisko to, to PTTK "Strzecha Akademicka" - ładne, drewniane, cudnie ulokowane. Wieczorem integrowaliśmy się długo, śpiewy tańce  i zabawy towarzyszyły do późnych godzin nocnych :) (skąd w nas tyle sił - nie wiem do dziś ;) )  Naprawdę jestem pod wrażeniem, że sześćdziesiąt osób, z różnych wydziałow, z różnymi osobowościami i temperamentami - potrafiło nawiązać więź - do tego stopnia, że kontakty utrzymujemy do dziś. :) 

Trzeci dzień to niestety powrót do Poznania, większość poszła zaliczyć Śnieżkę ;) ja jednak dbając o kolano (smarowane zresztą bardzo dobrą maścią na wymiona krowie :P ) dopiwszy złoty nektar bogów, który na szczycie smakuje lepiej niz gdziekolwiek indziej, zeszłam wraz z garstka ludzi ładnym Szlakiem Letnim  (niebieski) do Karpacza. Odprowadziliśmy Karolcię i Marszala na autobus, upewnilismy się, że na pewno wsiedli :) i ze spokojem mogliśmy czekać na resztę grupy. Zapomniałam dodać, że ostatni dzień był słoneczny, każdy (z wyjątkiem Bartoszka :) ) spiekł sobie buzię. 

Droga do Poznania zleciała szybko, cały wyjazd niestety też.

 

Podsumowując - majówkę oceniam na 11 w skali dziesięciostopniowej. Było fantastycznie. I trzeba pamietać, że taki klimat stworzyły nie tylko górskie krajobrazy, ale tez my sami :) Z czego jestem bardzo dumna. 

 

 

 

Czekam na relacje innych :)

  

Buziaki

 

Natasza